- Doskonale. Zrobimy to inaczej. Och, teraz mnie zastrzeli, pomyślała. Lecz ku jej

- Nie przebieram się do kolacji. I zamierzam zjeść ją tutaj. Sama. Nie mam ochoty siedzieć przy stole z księciem. Ani z... Ingrid.
- Przyniosłem mu coś. - Podał jej pluszowego misia i uśmiechnął się jeszcze szerzej na widok jej zdumionej miny.
ROZDZIAŁ PIĄTY
- Nic. Chcę się upewnić, co z Henrym, to wszystko - powtórzyła.
- Spodobałby ci się Uśmiech Zachodzącego Słońca?
- Skąd tak naprawdę wzięłaś się na mojej planecie? Dotychczas nigdy nie było tutaj róż. Początkowo sądziłem, że

Nie, nic nie było w porządku. Najchętniej wtuliłaby twarz w ten jego śmieszny mundur i wybuchła płaczem. Ty¬le tylko, że nie miała zwyczaju płakać.
- W porządku, zostanę na noc w hotelu. Przez parę godzin chcę pobyć tylko z Henrym. Kiedy zaśnie, zjemy razem kolację i pogadamy. Zgoda?
- Tak. Księżna Lara i, proszę o wybaczenie, pański stry¬jeczny brat, książę Jean-Paul, traktowali służbę bardzo źle. Nie tak było za dawnych czasów...
- Tak, i to było okropne. Pod maską była... pustka. Nie było nic - gołąb aż zadygotał, gdy o tym mówił.
czuję i bardzo lubię, kiedy tak do mnie mówi.
Badacz Łańcuchów znów na chwilę zamilkł, lecz tym razem Mały Książę się nie dopytywał.
- Gdybym był na twoim miejscu, pewnie też bym nie ufał. Dobrze, dostaniesz gwarancje na piśmie. Wydam po¬lecenie, by moi prawnicy w Broitenburgu przygotowali i przysłali faksem dokument prawny, dający ci prawo po¬wrotu do Australii razem z Henrym, gdy tylko zechcesz, a ja go podpiszę w obecności świadka. - Sięgnął do port¬fela. - To wizytówka pani adwokat Angeli Jefferson, Au¬stralijki, specjalistki od prawa międzynarodowego. Zna spra-wę, ponieważ to właśnie ona uświadomiła mi konieczność uzyskania twojej zgody. Pani Jefferson zaopiniuje, czy dokument jest sporządzony tak, by Broitenburg musiał go honorować. Czy wtedy zgodzisz się dać nam wszystkim szansę?

- Becky, chodź tutaj! Weszła, nieśmiało, rozglądając się ostrożnie.

Rozpłakała się - ona, która od lat nie uroniła jednej łzy.
przenosiłam się, sama lub z tobą, w Nieznane Miejsca... - ciągnęła zadumana Róża.
Henry siedział w rogu łóżeczka i apatycznie patrzył przez okno. Na chwilę odwrócił głowę w stronę wchodzą¬cych, ale jego oczy pozostały puste i bez wyrazu. To dziecko na nikogo i na nic już nie czekało, więc nie potrafiło się ucieszyć na czyjś widok.

- Dziękuję - szepnęła z trudem. - Czy... Czy książę wróci?

- Niesamowite! - Edward odwrócił się do siostrzeńca. - Zdaje się, że zawarliśmy pewną umowę, prawda?
Zadzwonię na policję! – zagroził, chociaż nie miał przy sobie telefonu. Zostawił go
- Nie trafisz.

Co też mu przychodziło do głowy? Siostra Lary przecież nie może mnie interesować w najmniejszym stopniu, po¬myślał gniewnie.

- Kurkow, musimy już iść. Dziś przedstawię pana pierwszemu ministrowi.
- A o czym marzyłeś?
uczył się na pamięć wszystkich jego kształtów.